piątek, 19 stycznia 2018

Jak płacze wiatr








Szalony, jaka złość bezsilnością twoją miota. Nie wypuścisz Jej z domu? Na razie nie, bo co innego Ją trzyma. Wyjdzie do ciebie. Nie na spotkanie. Ma cel, żeby pójść drogą. A ty? Co zrobisz, będziesz tarmosić, ziębić, przenikać, zawracać, uciekać? Na wodę i z wody, ku skałom. Potem z jednej wyspy na drugą? Będziesz chciał powiedzieć, krzyknąć – jestem wszędzie, przede mną się nie schowasz?
Jaki powód, myśl mogła taką nadzieję dać, że uciekać przed tobą będzie!
Wyjdzie na ciebie, nie do ciebie. I zobaczy, kogo tak wołasz… Komu krzyczysz uginając w złości drzewa i strasząc ściany. Kto duszę rani aż tak, że wyjesz.
W ryku własnego bólu nie słyszysz, że do ciebie szepcze… posłuchaj, też tu muszę być i jestem, ale aż tak się nie miotam. Prawdy nie mówi? Cichutko czasem płacze, suchymi łzami? Przez wspomnienia… i czas, który przychodzi… zaraz go nie ma i nie może go dogonić…
Szaleństwem, przewracaniem, podrywaniem i rzucaniem dogonisz to, co i tak przejdzie i minie? Sam wiesz… im mocniej pokazujesz swój ból, tym ostrzej spadasz i zamierasz. Potem ostatnim krokiem topisz się w oceanie.
fot. Jerzy G.
Opamiętaj się. Wyrzucasz z fiordu krople mgły słone daleko na brzegi. Nie tam ich miejsce.
Ty wiesz…
Ty wiesz, że do ciebie wyjść musi.
A może… ma okazję wytarzać dusze razem z tobą… Powód?
Nie masz i Ona nie. Oboje nie mamcie a ty… chcesz go teraz, kiedyś taki rozgrzany mocą.
Kręcisz w kółko sobą, wirować myśli musisz.. Daj spokój złości…
Nie teraz? Nie teraz jeszcze… jeszcze nie przestaniesz. Zaczyna cię poznawać. Ty musisz, masz wyznaczony swój czas poszukiwania. Wie, gdzie jest miejsce twojej rzeźby. Malowania za mocną niemocą. Zastanów się, pomyśl, co zobaczą oczy, kiedy odejdziesz… nie lubisz śladów?
Ona w nie patrzy. Na wszystkie. Ogląda, co zostawiliście po przejściu…
Mówisz, że to Jej rozpędzasz chmury? To pozory. Zapomniałeś, że wpuszczasz promienie jak przemytnik. Słońce ciebie pokona.
Odejdziesz, tyle razy odchodzisz i wracasz…
Masz żal do tych, którzy przestali czekać? Taki ich los na Ziemi. Ty zawsze jesteś… Oni…
Idzie do ciebie, choć wie, że nigdzie się przed tobą po drodze nie schowa. Idzie, a ty? No powiedz, powiedz chociaż raz… może przestaniesz się bać…
Witaj,
wróciła, mogę spokojniej usiąść przy tobie.
Jak było? Nie dopowiedziała, że…
Zwolnił i dotrzymywał Jej kroku. Już nie wyrywał z siebie ostatnich nadziei. Szedł. Mówił… a Ona nie mogła mu obiecać, mimo, że on… pozwolił, żeby słońce do Niej mrugnęło. I też, by szedł za Nią cień. A potem… mogła wejść tak daleko, jak chciała, do miejsca skąd wzrok pędzi przed siebie -
tam gdzie nie było promu ani łodzi na wodzie; lecących mew i kormoranów suszących skrzydła na kamieniach. Tylko fala… jedna… druga, każda w białym, rozwiązanym wiatrem turbanie, biegła ku dzikim brzegom i zawiedziona wracała. Nie chciała zostać z kamieniem.
Wiatr zgodził się na Jej odchodzenie i pomógł promieniom rzucić ciepłem w plecy.
Zrozumiał… Zanim doszła do domu usłyszała jego żal… Słońce nie mogło znieść wietrznych łez. Dało się zakryć chmurom. Grad chciał pocieszyć wiatr, potem deszcz, a za nim śnieg. Zabrali Jej dzień i oddali nocy…
Posłucham tylko ciebie, czekając…








108

środa, 3 stycznia 2018

Dlaczego Nikt





Twierdzi, że zapach zawsze przewyższa smak. I nic tego nie zmieni.
Szafki wypełnia małymi filiżankami. Mniejsza już jest, szuka od nowa, bardziej filigranowej.
Nie wie już, czy tak często gotuje wodę, bo pragnie zapachu, czy pierwszego zaciągnięcia się łykiem prawie wrzącej, czarnej, mocnej i gorzkiej kawy.
Nie powinna. Czuje, że wypłukuje sobie wszystko, co teraz najcenniejsze w Jej bardzo dawno dorosłym organizmie. Zna chyba cenę, którą w końcu, może niedługo, a może jeszcze za odrobinę czasu szybko uciekającego Jej z życia, przyjdzie zapłacić. W nikłej inteligencji obecnych czasów i liczenia wszystkim jakiegoś AjKiu - jednak rozumie, że to nałóg. Przyjemność, która przystoi i oprócz tego, że tylko sobie coś tam psuje, innym nie niszczy z życia niczego. Tak, słyszała… kochają ją. Ona kocha mocniej, dotkliwiej.
Niektórzy w niepotrafieniu użycia łez - leją je pod powieką mocniej, niż można to pojąć. Dzieje się tak, kiedy ból rozdziera duszę, albo serce, zabijając możliwość obwieszczenia tego co czują. Strata tych, po których nigdy nie przestaną płakać, nie ma miary.

Kręci się po kuchni nie mogąc strząsnąć myśli. W pokoju też z Nią są. Przywiązana do pilota ożywia ekran telewizora. Ale pokonują wszystko - film, piosenkę, gadanie o przyrodzie, krzyki wprost z polityki. Wyłącza to wszystko. Wmawia sobie, że lepsza będzie cisza.
Płyta… gdzie ona jest. Pięć pieśni. Duet. Jose i Ewa. Uspokoili ją. Piękne to było. Przebrzmiało. Myślenie wróciło.
Spokój, wyciszenie potrzebne zaraz.
Wstaje, nawet nie pamięta, że usiadła. Znowu jest przy szafce. Przebiera. Teraz ta jest najmniejsza. Wyjmuje filiżankę. Woda wrze. Sypie zmielone w drobinki ziarnka. Niecierpliwie czeka, chce poczuć już, teraz…
Bezwstydna w dogadzaniu sobie, z ulgą, westchnieniem zapomina się.
Marzy. Kiedyś będzie szczęśliwą…
Teraz nie.
Bo oni…
I jeszcze nikt Jej nie rozumie. Komu ma powiedzieć… Przecież nie tylko Ona ma problemy.
Wydumane?
Właśnie. Znowu to samo. Nie chcą zrozumieć.

Iść do sklepu? Może dziś nie trzeba… oszukuje. Trzeba, tylko coś odebrało Jej wolę.
Zmusić się, zacząć ubierać. Otworzyć drzwi…

Powietrze słońcem przyprawione. Sekunda szczęścia, kiedy fiord wita niebieskim niebem.
Wracające promy przeglądają się w promieniach, jak w lustrach panna już w welonie.
Nad dachy z krzykiem nadlatuje mewa, gałęziami kołyszą spasione wrony.
Przekłada zakupy do drugiej ręki. W lewej, po wewnętrznej stronie wskazującego, znowu pękła żyłka. Palec trochę boli.
Wróciły. Znowu myśli skłębione, niespokojne, pogubione.
Niedługo będzie w… chciała myśleć, że w domu. Wtedy zadzwoni, potem napisze kilka listów i może się uspokoi.
Szafka, filiżanka, pierwsze zaciągnięcie… niebiański łyk.

Chciałaby ci opowiedzieć…
Zanim to zrobi... jeszcze raz przypomni sobie… nie, nie ma odwagi wyznać aż tyle.
Mówić trzeba umieć, jest przekonana, że nie wie jak się to robi. Nikt Jej nie rozumie.




















109

sobota, 16 grudnia 2017

Drzewo, które było i fort







Tak mówisz, zwątpienia we wszystko zatapiasz... rodzi się bursztyn słowa.
Żal masz, obawę, niepewności przymierze... a przecież... ogromna, rozżarzona tarcza położyła ciężar na wodzie, by płonęła. Księżyc – niewidzialny świadek odchodzenia słońca już się skrada, nie śmie spojrzeć żółci prosto w oczy, boi się zaślepienia na wieki.
Przy domu były dwa drzewa i ich pąkami, skulonymi w zimnie gałęzi, karmiły się wczesne ptaki.
Po południu piła wydała pierwszy jęk. Nie ma korony, pnia. Gałęzi na której siadał maxi wróbel i wyspowy „koliber”, złodziejka sroka, na ukochanym czubku wrona.
Krwawa tarcza traci złote łzy w spokoju oceanu. Przy ziemi nieopatrzony kikut.
Zniknęła złota kula, rozlały kolory. Przypływ zagarnia brzegi. Barwy miesza na wodzie.
Kilka wschodów wcześniej zaczynał padać bez decyzji deszcz. Odpływ obnażył wszystkie rude algi
 i kamienie.
Jedna, dwie… sześć siedziało na skałkach albo w płytkiej wodzie - foki w kolorze alg.
Potem była droga i wjazd na prom. Ląd.
Tam nie inaczej. Droga między górami, skałami i fiordami. Później miasteczko z podobnymi, siostrzanymi domami, na skraju kościółek... cmentarz, urząd, policja, szkoła i droga za miasto. Fiord. Tunel jeden, później drugi. Skały z sierści obdarte i skóry, bo dalej chciała biec szosa.
Naiwna, zielona, szpilkowa mała, w obciosie się schowała z nadzieją, że tam wiatrom się oprze i w kamień wpuści korzenie.
Fiord oszpecony drutami. Miasteczko z uliczkami w górę i w dół, stadionem.
Dalej skały, góry, woda i droga, a od niej odnoga do miejsca, gdzie wojenny był fort.
Wąska grobla między odpływami, bo znowu rudo–brązowe algi chciały wychylić na powierzchnię zmęczone pływaniem ramiona.
Rude i brąz. Brąz i rude… i niebo dało się namówić na przemalowanie?
Nierozbudzone wrzosowiska. Ruda kosówka. Coraz to dalej między rudym droga. Tam domy, obory i stodoły. Na skałce kilka krów. Uliczka? Bez trawy, kwiatu, drzewa zieleni.
Za żadną karę tam nie zasypiać ani się budzić... uroczysko… i beton fortu schowany w rudym i brązie.
Na ścianie starego budynku mapa zaminowania.
Uciec, odjechać jak najdalej.
Zmierzch bez pukania wchodzi.
Na szczytach, na lądzie śnieg. Fiord różowy i żółty w szybkim przypływie.
Nie pytaj o wodospad. Traci serce i duszę. Zapadają się żyły bez wody. Od czasu fok nie padał deszcz.
Dobrej nocy.
Bo rano…


















0408

sobota, 2 grudnia 2017

Namalowane bez malarza






Niedziela to tak dużo i tak niewiele.
To co z tą niedzielą miało być? Poprzewracała wszystkie reguły postępowania pogody w grudniu.
Powinno padać z szarych chmur. I tak byłoby, gdyby nie to, że chłód wczesnego ranka poprowadził Ją do okna. Zobaczyła, że do wszystkiego co za nim przytulił się szron. To mogło oznaczać, że trzeba na spacer, bez opierania się...
Wyszła po śniadaniu prosto w słońce wiszące nisko, prawie za szczytami. Obstawiała czas. Będzie świeciło chociaż pół godziny, czy krócej? Przegrała. Ale o tym dowiedziała się dużo później. Teraz, w przymrożonym powietrzu, przywracała wrażenia z całego tygodnia. Część górnej drogi była za Nią, schodziła w dół, ku dolnej i fiordowi. Dolna też za szybko zaczynała się kończyć.
Chciała spojrzeć na wodę z ostrogi.
Słońce siebie kładło na wodzie.
Oparła się o drewno ściany ostrogowego* budynku, przy którym leżała duża kiść brązowych alg, ułożonych tam przez przypływ i szukała ruchu wody. Zamknęła oczy, będzie lepiej słyszeć…
Spojrzała prosto w słońce. Trwało to ogromny licznik sekundy. Szybko osłoniła oczy powiekami i nie podnosiła ich. Zdumienie… Nigdy czegoś takiego nie przeżyła. Na czerwonym tle obrazu pojawiły się kolory postaci – jasnych szafirów za chwilę udających zieleń po to, by fioletem odpływać. Zjawy poprzedzone były mieczami granatu ustawionymi pionowo i leniwie, powolnymi ruchami szukającymi poziomu po to, by tworzyć kładki. Ten znikający pochód zaczynała niebieska kula.
Szybko otworzyła oczy, zajrzała w słońce i znowu były obrazy w czerwieni. Poddała się woli blasku, powtarzała zamykanie. Pragnienie… Paliło... chciała przekazywać obraz komuś, kto zapamięta Jej słowa, którymi wskazałaby czucie. I potem przełoży je na rysunek. Po każdym zamknięciu oczu kolory się nie zmieniały, tylko tyczyły czego innego. Raz widziała dwoje, to znowu troje… jedno...
Znowu czerwień i ruch barw. Wyciągnęła rękę, chciała w milczeniu wyszeptać , że obraz wrócił. Zimna pustka pochwyciła Jej zachwyt. Patrzenie tej kobiety… kogo może obchodzić... siwieje i za dużo myśli.
W niedzielę zachodziło słońce, choć nie powinno. Była nienormalnie, nieprzyzwoicie o tej porze roku słoneczna i chłodna.
Czy wiesz, że dzisiaj wypiliśmy herbatę i nawet tego nie zauważyliśmy. Czas pomyśleć o spaniu. Przed tobą powrót. Spokojnych snów. Za kilka chwil poniedziałek, mało kto go lubi. A przecież życie - to i poniedziałki.






*ostroga - zwalisko głazów i kamieni usypanych przez człowieka na brzegu fiordu, rodzaj pomostu.










127

środa, 15 listopada 2017

Nie wiem na jak długo










Siedział przy ogromnym biurku, ustawionym pod oknem, w pokoju na piętrze, często nocą, bo wtedy cisza ulicy i wąskiego, wiosną pachnącego bzem ogrodu, stawała się klawiaturą myśli.
Z regałów wypełniających wszystkie ściany, nawet tę, w której były drzwi do nie jego świata, słyszał szept wszystkich zapisanych liter.
Nieprzytomnie, rozproszony, wydarty, z pokłutą duszą stąd wychodził, powracał z tak daleka, kiedy dniem słyszał Głos Przez Drzwi. Zawsze było to - nic - odrywało od tego, czego właśnie już sięgał, zaczynał dotykać, prawie miał, obejmowało mu pierś - a on tak chciał...
Wolał jak teraz... Książki. Wypełniały każdy moment i nocą go kochały. Podnosił głowę, odwracał i uśmiechał do nich.
Ciepło zawsze przechodziło w chłód nocy przez uchylone do westchnień okna. Było, lało się od serca, kiedy zapach starych stronic mieszał się ze świeżym drukiem. Po nowe, ukryte dziewiczo w okładce, biegł nie pamiętając, że to właśnie ostatni grosz, który dał za nieznane.
Czytać i w chwili pisać chciał aż w mrok, lekki szelest gałęzi, szum w skroniach.
Czekał będzie od rana, wie, że ulicą będzie szła Ona. Nie musi patrzeć, unosić firanki, usłyszy uderzenia obcasów o bruk. Tylko Ona w taki sposób...
Ból, ciągły już teraz. Ile jeszcze? Niepotrzebne pytanie. I tak za dużo wie.
Czy Ona też... że on nie ma już czasu?
Wzrok wtopił w zaokienną noc.
Nie może znieść Jej długich spódnic. Nogi, które długie kryją, muszą być linią, po której mężczyzna... Tylko piękne tak mogą stukać obcasem.
Myślom przytakują regały. Napisać, zatrzymać jak najwięcej. To nic, nic, że dom jest bez... nie ma komu zostawić. Ktoś przecież zapamięta, wspomnieniem wyróżni. Trochę tekstów mu wydali, więc...
Jęk był szybszy od niego.
Podniósł głowę z blatu, na którym sen mu ją złożył.
Kroki. Szła. W spódnicy prawie do bruku. Długie pękniecie z boku pokazywało jasną nogę. Nie pomylił się. Znowu czuł to, co pozwala pisać w uniesieniu skrzydeł jastrzębia, odlecieć.

Głos Przez Drzwi sprzedał książki razem z regałami. Wydania i świeże, bólem i miłością cichą pisane rękopisy. Potem pianino, które na dole stało zawsze.

Wiesz, mgła chroni spokój fiordu od ciszy oceanu. To niebieski, dzisiejszy czar.
Zielone... w nim śpiew miłości ptaków, rozlana przestrzeń wody, tulipan i żonkile w przydrożnym rowie. Znowu nie słychać ludzi. Biel latarni przypisana morzu.
Na wodzie dwie kaczki w parze.
A wczoraj nad fiordem przeleciał orzeł. Z jednej wyspy na drugą...

Pije kawę w zapatrzeniu. Zapomniała, że zimnej nie lubi. Zamilkła, nie wiem na jak długo...









L. 5.8.



niedziela, 29 października 2017

Drzewa w wietrze






Wieje. Męka rozstania, miłości utraconej nad oceanem. Dusza poraniona tęsknotą za tym co niemożliwe, 
bo jest wiatrem, a Ona?
Nie powie, zrobi to, czego nie powinien, będzie żałował, później…
Teraz trzeba większego, mocniejszego bólu – do dna wytrzymania, do zatracenia się w wietrznym cierpieniu.
Szaleje, wyje; płacze łzami z deszczu i gradu.
Rozpalone zmysły hartuje w stali zimnej fali; podrywa ją do lotu, upuszcza bez ostrzeżenia – niech pozna kipiel, krwi przerażenie… on Jej już nie ma.
Przelatuje fiordem, zdziera wodę, skalpuje podmuchem, wyrzuca na brzeg.
Rozpędza się.
Zbuntowane drzewa walczą, prostują pnie, odpadają gałęzie pochylane rytmem uderzeń, te najsłabsze, wpół złamane. Grad przemieszany ze śniegiem wzmocnił mgłę. Wespół pozbyli się, zawieszonych w chmurach, lądowych gór.
Za bardzo, za szybko pędzisz wietrze. W biegu nie wypatrzysz miłości, nie odszukasz pragnienia, nie pochwycisz dłoni w rękawiczce z przeznaczenia.
Nie słyszy. Sam zagłusza prawdy, czucie, dobre wróżby.
Wodospad spada stokiem, błędy wichrowi wypomina, huczy, wodę pianą leje. Nie przy fortepianie taki duet.
Wietrze mocny, rozgniewany, nieopanowany – wycisz się, zatrzymaj.
W szczelinie skały kamienne westchnienie, tam też już wiedza, że to rozstanie, wrycie w opuszczone dusze tego, co tylko dwoje pojąc może, zapamiętanie na zawsze, po kres – stóp, postaci schodzącej wtedy, spojrzenia w głąb istnienia.
Lotem orła, jastrzębia, przepadło rozpostarte marzenie.
Wiatr oprzytomniał, rozsunął chmury, w ich dziurach świat słońca obiecuje jasność.
Akcent rozświetlonej stali przywraca nadzieję?
Ten, który wiał nie patrzy, nie słucha.
Stracił Ją, zgubił siebie.












L., 18.11.2008
                                                                                     

sobota, 28 października 2017

Góry z lądu











O takiej porze ciepło przywraca wiarę.
Deszcz oddał soczystość zieleni.
Ptaki kłamczuchy ćwierkają, że padać i tak będzie. 
Deszcz krasi urodę.
Wilgoć powietrza koi zmęczone oddechy.
W południe bez słońca i nadziei, że zaświeci,
przed siebie iść można, to nic, że bez celu.
Róże kwitną zimnym kolorem czerwieni.
Nie chcą obojętności stokrotki, proszą o spojrzenie.
Na rozgniewanej sztormem fali - dzielny prom.
Góry z lądu godzą się z pierwszym śniegiem.
Dzień skrzydeł nie rozwija bo wie,
że teraz wyróżnić się nie może.
Cały jednaki, szary, na wodzie i na niebie.

To skąd bunt, żal i postanowienie, że już nie…













13.10.2oo8 L.                                                                                     

sobota, 14 października 2017

Nie lubi lustra









Odgarnęła włosy z czoła do tyłu głowy; 
te siwe - od skroni, bokiem i do tamtych.
Wszystkie spięła klamrą, trochę powyżej karku.
Kark wolałby zakryć,
nosić luźno i proste; 
schować pod nimi to, na co sama patrzeć nie chce.
Za bardzo spadały na oczy, drażniąc zasłaniały świat.
Znowu musiała podjąć decyzję. 
Wiedziała… zebrane odsłonią twarz i wszystko, 
co Ją na niej tak odmieniło,
 że chwilami sama siebie rozpoznać nie może.
Nie lubi lustra.
Niekiedy siada i patrzy w oczy obcej kobiecie
- która jest Nią.
To ile jeszcze? - pyta, 
nie wiedząc czy siebie, może los, przeznaczenie…
Kawa zapachem wypełniła pokój,
 stojące na podłodze kartony, worki.
Jeszcze nie ma w tym ładu ni sensu; 
wszystko co wyjęła z szaf chce być zapakowane, 
upchnięte, schowane.
Kilka dni…
tak, kilka wystarczy, żeby przywrócić porządek.
W pakowaniu, w życiu?
Co to jest – życie?
 Dostaje się je, żeby umierać? 
Cierpieć po stracie?
Ciemno za mostem i przed nim; 
światła, jak zawsze, na tafli fiordu układają obrazy.
Nie słychać wodospadu, 
nie padało
– spragniony, cichy, wypatruje deszczu.





Longva, 11.11.2008

środa, 3 maja 2017

W zielonym









Witaj.
To dobrze, że o nic nie pytasz.
Ta chwila, kiedy przyzwyczaiła się do ciszy, wpłynęła w ranek. Między drzewa na stokach i szczytach, zielone łąki i przydrożne rowy zaznaczone żonkilami, kobierce stokrotek, niemo położyła na fiordzie. Za siostry wzięła mgły… wprowadziły bezruch, niewidzenie, porwały most, groblę i ocean. Nie oszczędziły fiordu: za nim lądu z górami. Świat wysp zniknął.
Coś szarpnęło mgłę, mogłam zobaczyć, że tam jest jeszcze Ona, na Ziemi.
Komu i po co potrzeba jest Ziemia - wie i rozumie potrzebę istnienia. Po co Ona potrzebna jest Ziemi… tego już nie.
Ułamek czasu Jej wyznaczony? Po omacku, byle przed siebie?
Wyszła szukać, rozglądać się za tym, co z duszy uciekło w szarość, jak sznur nóg ustawioną na scenie, gdzie za chwilę zatańczą…
Wyspy, spragnione - zbierały na siebie wilgoć, niewidzialne krople.
Mgielne powietrze wzmacniało oddech łąkom.
Zieleń bezwstydnie wylewała się tam, gdzie zimą przymarzła.
Ptaki wciąż kierowały lot ku szczytom, wpadały w szare kotary. Tam też Jej cisza. W zielonym.
Stalowa mgła pamięci nie pokona. Nie w taki ranek, nie w taki czas.
Ktoś łowi z wody, zlał się w kolorze.
Słońce… nie widać, nie słychać, że przychodzi. Będzie, bo zadrżały barwy, które zabrały świat.
Mgły uciekają w popłochu. Taniec… uniosły sukienkę i tam, gdzie falbany ujęte w dłonie, odsłoniły zielone podnóża; już stoki, za chwilę szczyt…
Most czeka cierpliwie, grobla wie, że zaraz i ona wyzwoli się spod oparów.
Ze szczeliny, wysoko przykrytej zielenią drzew, patrzy postać, odprowadza Ją okiem. Jak wtedy, gdy schodziła ku plaży.
Milczenie w śpiewie ptaka. Niepokój w patrzeniu, niedostępny dotyk.
Mgła spłynęła ze szczytów po stoku, rozpięła wielki żagiel, odpływa na oceanie.
Lądowym górom padła do stóp, leży w słońcu.
U brzegów, na kamieniach, suszą skrzydła kormorany. Na wodzie dzikie kaczki zostawiają ślady.
Fiord, olśniony, jasnym granatem - do brzegu fale goni.
Przeleciała mewa. Jak chwila, jak czas… dopóki jesteś…





























L., 07.05.2008

sobota, 25 marca 2017

Dobre życzenie


Nocą księżyc rozmawiał z chmurami.
Witaj, rozgość się.
Po zmierzchu budzi się świat, który jest niepokojem. Czy dlatego, że w zmroku, ciemnościach, gorzej oko widzi? Człowiek, który nie patrzy, jest w nieustannej udręce? Czy też czuje niewidoczne cienie strachu nocy? Boi się zła przyciemnienia… w dzień też ludzie umierają. Czy w mrokach boi się odejścia na wieki, ku zapomnieniu? Ktoś żegna się z tym światem dniem, inny, na drugiej półkuli, nocą. Inaczej nazwany ten sam czas? Może razem odchodzą…
Błyszczące rozmowy księżyca na moment łagodziły nastroje. Wyglądał zza chmur i żółcił fiord. Chmury nakazywały ciemność nad wodami.
Tam, gdzie się dwoje bije… tam śnieg odbijał się w niebie i bielą raził oczy nocy.
Pogodził wszystkich dzień ze słońcem w parze.
Dwójka nie przetrwała długo. Znad oceanu, przez groblę i most, chmury przeniosły worki ze śniegiem. Teraz jakiś wytrwały uparciuch wysypuje białe płatki na wszystko, nie przejmując się, że przez ich gęste spadanie już sam nie widzi, gdzie prószy.
Wszystkie igiełki na zielonych drzewach przebierają się w białe sukienki.
Takich zasłon z białego weluru na górach, przytrzymujących swym ciężarem wyspy żeby nie odpłynęły, jeszcze tej zimy nie było.
Dzisiaj zima jest jeszcze…
Jutro, pojutrze, obudzą się nowe nadzieje. Śnieg w marcu wcale nie jest zmartwieniem.
Są inne. Każdy zna swoje… ma je przy sobie i to jest coś, czego inni na pewno nie zazdroszczą i ukraść to wcale, albo chociaż wziąć, by nie chcieli.
Wszyscy będą składać sobie życzenia… Pomyślała, że Ona to chyba życzy wszystkim, żeby ktoś ukradł im zmartwienia, niech ich z nich obrabuje. Potem utopi, wszystkie złe chwile, w wielu wodach.
Jeśli już ktoś płakać będzie musiał, to niech jego łzy zbiera silne, szczere ramię…
Albo delikatna dłoń wspiera mocno.
To są i moje życzenia.
Tymczasem fiord przez kilka minut myślał, że on teraz rządzi i pomalował swoje wody biało-niebieskim, podłużnym wzorem.
Wodospad spod białego futra wyciąga swoje szare warkocze i dołem rozplata w strumyki.
Gdzie ptaki? Nie ma i nie odzywają się… Na chwilę nadlecą nad wodę, potem znikną.
Mówisz, że tu znowu powiało smutkami… Już tak jest, że strach się cieszyć…
















L., 20.03.2008