piątek, 22 lipca 2016

Krwiobieg

Nie było mnie? To prawda. Musieliśmy jechać na prom, popłynąć fiordem i znowu jechać drogą.
Dobry wieczór.
Przeżywam każdy rejs. Nie mogę spać od myślenia, żalu, że znowu nie potrafię opowiedzieć tego, co przed nami.
Widzisz, to jest tak… O słońcu nad wyspami możesz już zapomnieć. Mży, wiatr budząc, od najwcześniejszego rana mówi, że będzie przy nas. Prom, zanim opuści furty na rufie albo na dziobie, uderzany jest niecierpliwie i chociaż długoletni marynarz śmieje się, że bujanie, to tylko moja wyobraźnia, to ja swoje wiem. Mnie buja i tyle, prom i marynarz w sprawie bujania promu.
Rano płynęliśmy przez Lepsoyę. Mogliśmy wysiąść z samochodu. Mogliśmy nie wysiadać...
Ruszyliśmy z promu i niedługo zobaczyliśmy oszronione drzewa i trawy. Nieobsypane śniegiem, tylko takie, jak mówiłam, jakby królowa mrozu przytrzymała na wszystkim swoje pocałunki. Wody fiordów objęła chłodem... Chyba zabrakło jej sił, bo mroźne lustra były cienkie, delikatne jak szkło białych, przykurzonych czasem witraży.
Człowiek wziął kiedyś do rąk narzędzia. Skałom obciął te części ich ciał, które my nazwalibyśmy udami i w ranach zrobił drogi.
Wody, które są krwiobiegiem skał, zostały pozbawione żył. Krwotok głazów zastygł na pionowych wnętrznościach, zamarzł, tworząc szklane gobeliny, arrasy i żyrandole zastygłych łez.
Na lądzie było... wiesz, jak dawno nie widziałam tylu sklepów, a nie chciało mi się chodzić, patrzeć i kupować.
Drogi, czarne od kół samochodów, wskazywały cele i powroty…
Wracaliśmy bezpośrednio na naszą wyspę, auta upychano tak ciasno, że nawet złożono nam lusterka. O wysiadaniu nie było mowy. Dobrze, że wielkie samochody stały za nami.
Co jest powrotem, droga tam, droga na wyspy?
Po co zadaję pytania, gzy klucze młodych ptaków odlatują na święta… nikt nie odpowie.
Nauczona doświadczeniem sama zaparzę... Tobie też? Gorzką?
...kolejny wieczór...
Zostawiam ci pozdrowienia.

L., 20.12.2007 

niedziela, 17 lipca 2016

Lek na zasypany niepokój


Od nocy deszcz szukał szans. Mróz przyszedł na to wszystko i został śmiejąc się, nie wiadomo dlaczego, mokrymi płatkami śniegu.
To jak wyjść, kiedy pada i zimno? Komu by się chciało, jeśli nie ma celu i nie musi… No tak, ale to sobota, w niedzielę sklepu nie otworzą.
Myśli dotrwały do popołudnia… I chociaż zza białej, mokrej, śniegowej mgły świata nie było widać, a co dopiero wysp, ubrała się w końcu i poszła nie pamiętając o zamknięciu drzwi.
Wracała po śladach.
Wchodziła do budynku zadowolona, że zaraz otrzepie się jak zmoczony pies. Ustawiła siatki przy schodach…
Zakupy zostały tam gdzie dotknęły podłogi, bo znowu szła. W drugą stronę, do mostku nad wodospadowym strumieniem i na dolną drogę.
Żal jej było tego nietkniętego dywanu bieli na którym nawet ptaki nie zostawiały śladów pazurów, tylko wirowały nad strumieniem.
Tak się nie da. Zawrócić? Nie, bo czeka ostroga. To przyjaźń. Nie tylko na dobrą pogodę.
Powtykane przy drodze gumowe pręty, z owiniętymi na nich odblaskami, nie pozwalały zejść albo zjechać prosto w szkodę.
Jej zakręt.
Biało na ziemi, w powietrzu i na niebie. Powieki nie bolą od wciskającego się śniegu, tylko zatarte, przeszkadzają. A przecież musi uważać, bo teraz idzie grzbietem kolein wyjeżdżonych przez traktory.
Grzywa pożółkłych traw, w białym jak z tiulu welonie, prowadziła nawet wtedy, kiedy opuściła głowę najniżej jak mogła, bo ten śnieg ciągle zalepiał wszystko i był wszędzie.
Z białymi klapkami na oczach stanęła na skraju. Nie było tak strasznie, bo za zaledwie kilkoma metrami kłębiącej się bieli nie było niczego.
Sino-stalowa nie-przestrzeń. Pomyślała, że jest w środku tulei. Plusk zaprzeczał takim skojarzeniom.
Nie wiedziała jaką melodią, tym razem, chce się przypodobać zaginiony fiord. Jedyny kruk siedział na kloszu zapomnianej latarni i szare kamienie szlachetniały też bielą, te w szarej wodzie i te, które udawały teraz brzeg.
Nie mogła wrócić po swoich śladach, nie było ich, jak i rudych grzywek na miedzy.
Ucieszyła się, bo kiedy wróci do domu, to wszystko będzie tak jak było, zanim tam poszła…
Ale ty nie myśl teraz o Niej. I tak jest zadowolona, bo Cienia cień nie mógł Jej znaleźć za tą przyjazną zasłoną utkaną bielą. Wiesz który… ten, o którym Ona nie wie co myśleć… on nie pozwala zapomnieć.
A ja? Życzę ci, oczywiście, wieczoru chociaż we dwoje. Bo trzeba tańczyć, kiedy jest wirów pora.
Już dawno zapaliłam i zawiesiłam w oknie świeczkę. A na stoliku jest co powinno o takim sobotnim wieczorze. Na razie Bosonoga śpiewa. Jeśli życzenie nie ma szans na spełnienie, to przyjdź. Coś i tobie znajdziemy, twoje wyśpiewania. To sobotni wieczór i razem cię zapraszamy... Nie bój się białej zapory i tego, że dalej sypie. To tylko upiększy wieczór.




L., 02.02.2008

wtorek, 5 lipca 2016

O nadziei wypalonej do końca

Sago, pisząc nie przypuszczałam, że już we wrześniu przepłyniesz łodzią na tę stronę, która nam, którzy tu zostali, jeszcze tajemnicą.
Obyś tam miała spokój piękniejszy od ziemskiego.
[*] 17.09.2016



 ...słyszysz tę niecichnącą ciszę? Szukam nazwy na czas, który mierzy się milczeniem. Już wiesz, dlaczego powstał Wasz projekt. Tęsknota w ciszy i pora w której porzucają do końca.
Dziękuję za wypalenie fiordu brzegu dzikiego.





Autorką pracy jest - Saga Dana Tomaszewska

piątek, 4 marca 2016

Szuka wiatr poetów




Wieje bez złości, tylko się skarży, że jemu źle. Ktoś znowu wydrążył ranę stwierdzeniem, że wiatr, to tylko wiatr; nawet nie próbując posłuchać, nigdy… co w pędzie mówi i dlaczego.
Teraz też musiał nadlecieć nad ocean i wyspę, później ogarnie ląd.
Chciał powiedzieć, że wie, dlaczego… nie powiedział Jej.
Nie umiał - pętany obawą, że też nie potrafi go słuchać.
Jest wieczny, zawsze będzie wietrzny i będzie nadlatywał.
Wie, że kiedyś Jej nie znajdzie. Tak jak nie mógł odnaleźć wyspowej dziewczyny płowej.
Zawiewa każdą szczelinę, szuka tego, który pisał wiersze, rozpalał umysły i dusze; ze smutkiem powiedział nie tak dawno, że najgorzej jest - odejść bez pożegnania... to dokąd zniknął...
Nikt nie wie, czy rozstał się z wichrem… z Nią?
Odbija się od skał, wietrzny poszukiwacz; tych najwyższych, bo stamtąd najbliżej do nieskrępowanej przestrzeni, wolności słuchania uderzeń zbuntowanych wód oceanu, szukania ukrytych promieni tłamszonego chmurami słońca; wie, że pozornego wyzwolenia, bo dobrowolnie wróci tęsknić za tym, który zniknął z listów, wielu oczu. Tak czy inaczej – wiatr, jak poeci - milczeć nie potrafi.
Wieje i obiecuje, że śnieg zdmuchnie, trochę ciepła przyniesie, odsłoni w pojesiennej trawie tylko żółte prymule, na łąki wpuści wczesne stokrotki, strzepnie jeleniom kleszcze, przegna z dnia ciemność, wzmacniając huk wodospadu sprawi, że Ona…

















L., 17.03.2008

poniedziałek, 22 lutego 2016

Taki wietrzny ten wieczór



Nie zniecierpliwisz się, jeśli zacznę o wietrze? On znowu był, a Ona… Kiedy wydawało się, że odpada róg domu i szyby w jego wyciu uciekają, gną się do środka, powiedziała, że już dawno polubiła jego dziki śpiew i słów rym. On zawsze przyprowadza ze sobą deszcz.
To nie jest ten deszcz, tylko ta deszcz. Ten wiatr i ta deszcz są już tak dawno razem, że nikt nie pamięta, od kiedy. Z ich miłości są wodospady, rzeki, strumienie i wszystkie inne wody, które też wysychają z tęsknoty…
Dobry wieczór.
Dziwię się, że jeszcze o Niej myślisz i przychodzisz pytać, czy w końcu zobaczyła ten skrawek… Ona teraz nową myśl chwyciła.
Powiem ci, powiem. Później. Kilku dni trzeba.
Teraz pytała, wypytywała aż do wieczora, czy inne domy też wiatr fundamentom zabiera?
Ten Jej taki ulotny w wichrowych porywach. Tym bardziej przestanie się bać, jak zwykle, na przekór. I jeszcze raz wyjdzie na szkwał, odwróci się, żeby przewiał plecy, stanie, popatrzy zwietrzonymi oczami i znajdzie coś, czego ktoś przed nią nie zauważył. Bo jeśli był chwilę wcześniej w tym samym miejscu i patrzył w tę samą stronę, to już nic nie jest takie, jak było.
Kolory, cienie, odcienie, barwy, przypływy i odpływy. Tak dzień po dniu, godzina po godzinie, ten Jej świat wędrówki się zmienia.
Milczy, też nic nowego. Szła brzegiem, znowu po kamieniach, tylko inaczej -gdzieniegdzie tylko wpadała w ukryte trawą zagłębienia. Mokre dołki. To nic.
Dla patrzenia z brzegu w granatową wodę da się podtopić, bo później spojrzy w niebo. Będzie wiedziała gdzie pękło i dlaczego. Usłyszy duży statek i łódź, prom, za chwilę zobaczy.
Zwiesi głowę, będzie szukać, znajdzie.
Zawsze leżą gotowe do ocalenia, muszelki zmęczone czekaniem, bezbronne. Nie pamiętają, woda je wyrzuciła, czy ptaki w odpływie wyrwały z kamienia?
Przez nią czapla zerwie się z dzikiej ostrogi, odleci. Podpłynie nowa woda. Odpłynie. Jeszcze raz i od nowa, do zapomnienia, zgubienia…
A ty co powiesz? Już noc, mrok, deszcz traci siły. Czas przed czekaniem na sen i nowe świtanie.
Dobrze, jak chcesz…, jeszcze z tobą zostanie.









L. 22.02.2008

niedziela, 31 stycznia 2016

Odpust Jana-Eryka



Za dwadzieścia siódma Jan-Eryk wychodzi do pracy. Szybko zamyka drzwi, idzie jakieś sześć metrów i już może wsiąść do auta.
Rusza powoli i, też wolno, wydostaje się z podwórka.
Wraca po piętnastej.
Znika za drzwiami, znowu je zamyka.
Nie widać Jana do rana.
Rzadko, ale przychodzi do niego kolega.
Jan jest sam kiedy na tarasie rozkłada parasol, fotel. Je sam upieczone przez siebie kiełbaski. Jan z Erykiem popija piwo.

Jest gorąco. Tak bardzo, że głowa z obrzydzeniem wpuszcza myśli, bo one, kiedy już dostaną się do niej, to są śliskimi, jadowitymi wężami. W najlepszym razie niegroźnymi padalcami.
Kłębią się. W ścisku nie widać im łbów. Może ich nie mają? Sterczą z tej masy śluzu zawinięte ogony.
Trzeba się otrząsnąć!
Jest lato, które szybko zniknie w jesieni.

Po południu, pod spokojnym niebem nadlatywał niepokój. Dziwnie bzyczał. Znad niskich dachów, najwyżej jednopiętrowych domków, wypłynął owalny cień. Płaska chmura.
Gdzieś wyroiły się pszczoły i leciały dokądś.
Do Jana–Eryka, na rowerze, przyjechał kolega. Rower został na tarasie a oni poszli. Wtedy domyśliła się. Poszli na odpust!

Witaj.
Wszystkie sklepy tego dnia miały być otwarte do północy. Ścisłe centrum miasta zostało wyłączone z ruchu samochodowego, można było chodzić środkiem jezdni.
Ludzie byli w każdym letnim pubie, knajpce, na ulicach. W kościele metodystów biły dzwony.
Gorąco nie ustąpiło ale słońce, o tej porze, nie przypiekało tak wściekle głów.
Ze sklepów sprzedawcy wynieśli towary i ułożyli na straganach.
Na innych leżały odpustowe cudeńka.
Pod baldachimem z wzorem indiańskim, na długich stołach leżały różności. Indiańskie skórzane kapelusze męskie i kobiece. Bransolety, instrumenty muzyczne, głównie różnej wielkości piszczałki; sweterki dla dzieci z motywem, zdobieniem Indian, fajki.
Dalej, wzdłuż ulic norwescy kupcy sprzedawali lunety. Używane samochody, całkiem niedawno wyprowadzone z salonów; można było kupić kawałek dalej, przy stacji benzynowej. Popularne ciuchy wisiały na wieszakach. Niektóre obniżone w cenach.
Na chodniku grupa ludzi, może Greków, malowała obrazy. Zapach farby olejnej dusił w upale.
W rynku kończyli ustawianie estrady. Będzie muzyka. Inna już przyciągała słuchaczy.
To dwóch Indian, ubranych w swoje ludowe stroje, grało odejmując od ust jedną piszczałkę i przykładając inną, mniejszą lub większą od poprzedniej. Na bruku stało pudło do którego, odważyła się, wrzuciła korony. Trzeci Indianin chodził między stojącymi i sprzedawał płyty.
Nie słyszała już gwaru, nie czuła farb. Stanęła a inny, nieznany jej dotąd świat zabrał ją stąd.
Nie wiedziała czy skupić się na muzyce, która prowadziła ją szczytami Andów, czy patrzeć na śniade ramiona jednego z muzyków, wystające spod ubrania ze skór. Czy może zapamiętywać strój drugiego, zakrytego po szyję w tym upale.
Byli dzicy w opaskach zdobiących ich czarne, długie włosy. Urzekali. Muzyka Indian niosła się w tym norweskim miasteczku na wzgórza, unosiła nad fiordem. Gdzie jestem – myślała. Gdzie? Jak to się stało?
Indianie grali. Spokojny taniec miał moc, zaczarowanie, porwanie, indiański odlot. Nie było w głowie padalców, zniknęły ogony. Była w środku parnej dżungli. Na polanie wyciętej maczugami. Mężczyźni i kobiety, ciemnowłose dzieci… Wszyscy siedzieli pod gołym niebem. W kole. Zaczynali się podnosić. Muzyka coraz głośniej rozmawiała z indiańskimi duszami. Ogień witał się ze zmierzchem nad soczystą zielenią drzew. Powstawał niepowtarzalny taniec indiańskich dusz. Tego, co im się w nie wbije tej nocy – żaden szaman nie podejmie się wyjąć. Bose stopy, wolne ręce, dzikość ciał - im wcale nie dzika, Czar, czar… nocy.

Indianin który sprzedawał płyty, robił też tatuaże. Wzory wyrysowane były na papierowej planszy. Pod nią walały się strzępy zużytej waty, na pudle leżały narzędzia do tortur. Zastanawiała się, pytała myśli, jaki ryzykant by się odważył, w takich warunkach, dać się kłuć?

Kto pamięta wodę gazowaną z sokiem, który przeważnie „wyszedł” - na naszych ulicach? Zobaczyła zbliżone sposoby ochłody. Oblepione, usmarowane.
Market wewnątrz też był gorący, podłogi pozalewane czymś lepkim. Ludzie na ruchomych schodach dogrzewali powietrze. Byli wszędzie. Otępiali z gorąca.

Z ulic niektórzy zwijali już stragany. Z placów przed letnimi pawilonami niósł się zapach piwa, pieczonych parówek, pizzy. Do piwa śpiewali, grali tutejsi muzycy. Od ścian domów odbijały się światowe standardy w ich wykonaniu…
Słońce dało się przykryć cieniem chmur. Rozgrzanych. Wszystko przebił intensywny zapach ulicznych lip.
Jan–Eryk też wrócił do domu.

Ani w nocy, ani od rana znowu nie było kropli deszczu.
Z gorącego niewyspania Ona pije od rana kawę za kawą i wodę z kranu.

na parapecie
przysiadły czyjeś słowa

każdej nocy
o chwilę
o jeden
sen w ramionach
moja
tęsknota poraniona
jak o życie
walczy






H., 01.07.2009

wtorek, 24 listopada 2015

Biała noc sypie skrą



Świat wyznaczony wielką wodą, od wiatru chwilami chroniony górami, został daleko.
Co jakiś czas odradza się w pamięci. Wtedy powraca żal, tęsknota za tym, czego razem z ranną rosą i rozświetlonym słońcem zmierzchem - zobaczyć już się nie da.
Miniony czerwiec.
Wyspy.
Na nich ludzie, jelenie, ptaki. I kurhany których nikt nie niepokoi.
Fiord cierpliwie znoszący wszystkie wybryki pogody.
Latarnia, symbol nadziei na przetrwanie, ma teraz mniej zajęć.
Czas nocy nie do spania. Za to do spełnienia.
Kto chciałby stracić z oczu słońce - niewpadające do oceanu kiedy na to pora?
A gdy pada deszcz - z ciężkiego muślinu ścian stawianych na wodzie, nie zauważyć?
Czas i tam w miejscu nie stoi.
W najdłuższym dniu zapłoną ogniska na brzegach fiordów, morza.
Ludzie tęsknią za tą godziną, w której staną przy ogniu i będą czuli to, na co cały rok czekali. Zespolenie z Ziemią.
Tam gdzie muzyka popłynie na fali, w tańcu zapomną się nieznanym.
Każdy dotyk, zapach- nowe w krew wleją westchnienie i oczekiwanie na spełnienie.
Skały, z cichymi w szczelinach tego dnia orłami, patrzeć będą na brzegi bez skrępowania, zajęte sobą. Stoją, trwają wiekami w więzach nie do pokonania ani rozdzielenia.
Ten dzień świata zapamięta czapla samotnie stojąca na kamieniu tak długo, dopóki nie spłoszą jej zbyt niecierpliwe kroki dwojga, szukających schronienia od ludzkich oczu, w cieniu drzewa.
Muzyka… Marzeń, śpiewających traw i lubczyku zakorzenionego w nich dziko.
Strzeli skrami ogień, na chwilę wróci przytomność.
Zaraz ręce splotą się w uścisku, którego do tej pory nie znały, a w serca wleje się słodycz - na którą czekali i nie wierzyli, że taka istnieje.
Zmysły łapczywie będą dotykać nieba bez gwiazd, z chmurami utopionymi w pomarańczowej czerwieni, białej niewinności, zgubionej w niebieskiej niebiańskiej przestrzeni.
Niektórym z jaźni zniknie świat.
Znowu słup skier prawie do nieba i okrzyk – za nas, za noc białą, odbije się od chmur i spadnie do morza.
Tam w cieniu... On nie będzie wiedział, czy ona tak chciała, bo krzyk, za który oddałby wszystko, w niej zamarł.
Odezwie się ptak, głupia mewa, która nie rozumie …
Fala nie zapomni o kamieniach. Ta biegnąca ku plaży – wracając, zabierze wszystkie z brzegu życzenia. Wyłowione w porę - znajdą spełnienie. Te niezauważone – będą kołysane na wodzie, kto wie, jak długo...
Strumienie wodospadu, radosne po deszczach, będą głośno spadały, zapraszały zaczarowanymi kroplami do śmiałych marzeń.
Ta noc będzie biała, jasna, roztańczona duszą, jakiej do tej pory ludzie w sobie nie znali.
W lesie, młodym na wyspie przecież, jelenie wyjdą na polany, patrzeć za horyzont, gdzie statek trzyma kurs. Załoga z myślą przy domu.
Zaciśnięte mięśnie na twarzach mężczyzn.
Wiedzą, że wrócą. Wierzą, że nie do pustego.
Skry, podsycony ogień na brzegach, płynących jasną nocą do barku w wąskiej kajucie zaprowadzi.
Za to na brzeg, przy żarze - myśli nieodkrytymi dotąd chmurami popłyną w świat.
Tak różne jak człowiek inny od człowieka.
Zabłąka się większa fala, spieniona uderzy o skalny brzeg i w głębiny, tonie, otchłanie powróci sama, sama, sama …
Wodospad zaczeka. On wie, że jego nie tylko ta noc.
W deszczu i wietrze jego moc. Słyszy zachwyty. Czuje podziw i uwielbienie.
Taki już jest. Pociąga, zawsze gotowy. Rwący.

W tę noc, której zobaczyć się nie da, wszystko może się spełnić, że nie każdemu… tak to już jest.


H., 06.06.2009

czwartek, 5 listopada 2015

Rozszalały się zywioły


Dzień dobry o poranku.
Kiedy zaczyna wiać, wtedy najlepiej nie myśleć o miejscu do którego dotarło się z wiatrem. Dobrze, że przybywa nocą. Ta skuteczniej przykrywa wyobraźnię. Bo wiatr na wyspie to drżenie serca, ulotność snu, trzeszczenie drewna ścian, przelatywanie duchów łupkowym dachem, szukanie najmilszego z obecnych w domu przykryć, bo z łóżka po ciepłą herbatę i tak wyjdziesz. Nie, nie weźmiesz książki do ręki, nie usiądziesz w wygodnym fotelu i nie poczytasz. Książki przywiezione... już dawno „się przeczytały”, fotel stoi i jest jaki jest.
Ty słuchasz wiatru, a on? To artysta, który raz wstydzi się swoich prac, to znowu odważną decyzją mówi, że wszystkim się pokaże… i wtedy… zaczyna tańczyć. Do tanów, o tej porze, zaprasza deszcz. Ta wirująca para nie zna końców parkietu, nie opuszcza ani jednego tańca… Ich dziecko – wodospad, dokarmione strugami, przygląda się rodzicom i szumi, pokrzykuje radośnie. A ty? Czujesz, jakby podobne melodie tworzyły chór i nie możesz podjąć decyzji, w którą z nich wsłuchać się sobą… Zapominasz, że lata zostały za tobą… Dopiero teraz wiesz, że po strachu przed wiatrem, po niepokoju łaskoczącym niemile, powoli przyszło przyzwyczajenie a potem przyznajesz, że jeśli wiatr zna granice twojej wytrzymałości, zaczynasz go kochać. Dotyka cię spóźniona miłość. O którą… nikt nie będzie zazdrosny.
A ty? Zaczekasz aż wstanie dzień i pójdziesz w wiatr i deszcz, bo chcesz też tańczyć….
W taki czas nie znajdziesz Cienia, to jest dobra strona dnia bez słońca. Ona wie o tym i też wtedy wychodzi. To nic, że się ominiecie. I tak pójdziecie w miejsce, z którego widać przystań. Będziecie się dziwić, że ten prom… w taką pogodę… i czy załoga, to marynarze?
Następnym zaskoczeniem będą ptaki. Jaki cud sprawia, że dają radę przemieścić się w wietrze. Jesteś większą od nich masą i ledwo stoisz. Wystawią skrzydła na deszcz i zatrzymując się w locie, poddając się wiatrowi, przesuną się co jakiś czas w bok, dolecą do miejsca gdzie czeka smak zwycięstwa.
Jeszcze raz uprzytomnisz sobie, że ptak może więcej od ciebie. Pomyślisz… fiordu brzeg dziki i ja, czy to się zdarzyć mogło, czy…?
Czas wracać. Idziesz i zastanawiasz się - do czego wracam? Nie możesz wydobyć tej myśli o domu… bo dom?
Dlatego… kawa, tylko mała, czarna i gorzka. Przestrzegasz, przypominasz, że szkodzi. Życie szkodzi, bo bezwzględnie kiedyś odejdzie. Życie nie jest przyjacielem. O… jest nowa muzyka - gradu na szkle szyb.
Pozdrawiam cię, wiesz?





L., 25.11.2007r.

niedziela, 18 października 2015

Klara z lupą



Odchodzi niedziela. Jednym słonecznie, innym na przenoszeniu ze szpitala do szpitala, a jeszcze innym… w opadającej na wszystko mgle, albo w wietrze. Może najważniejszym jest, że była - ta niedziela, po której już tylko poniedziałek!
To pogoda wszystkiemu winna. Tak, to ona, bo jakaś przyczyna chandry być musi, dlatego to sprawka deszczu i śniegu, którym wicher nie pozwala spokojnie opadać na ziemię.
Chandra, jak raz uda się jej wejść, to już przychodzi, najczęściej bez zaproszenia - niezapowiedziana przyjaciółka, z którą już tyle lat…
Padająca pogoda rozeszła się po stawach i kościach, ciepło jej w nich, to sobie siedzi. Jutro ma jeszcze trochę wiać. Przez to i oczy mokre, a ktoś mógłby powiedzieć, że bez przyczyny.

Nie narzekać? Przecież nie narzeka, wszystko zwala na pogodę. Na Cienia też?
Pewnie to on zasłonił groblę i most. Zieleń taką żywą, trawiastą albo liściastą, swobodną i prawdziwą. Odsłonił ociosaną, jak te trawniki przy domach, które są tak równe, że aż nie są sobą.

Nie powiedziała „dzień dobry” na powitanie? To dlatego, że zaczęła pisać do ciebie wczoraj i wcale nie wie czy skończy dzisiaj. Mimo smutków tego świata musi musieć iść do kuchni i pewnie zaraz tak zrobi. Może zdąży ci powiedzieć, że dzisiaj na drodze spotkało Ją coś miłego, ciepłego. Tak, była na ostrodze, dała mewom to, co lubią, one zostawiły muszelki już na trawie, to dla Niej wiatr na chwilę się schował, mogła oprzeć się o ostrogowy budynek i popatrzeć na wodę, a potem na góry z których zginął wrześniowy śnieg. Wracała przez łąki, przez górną drogę, bo chciała wejść jeszcze do sklepu. Tam była Klara. Nie widziała Norweżki od wczesnego lata. Kilka razy przechodziła koło jej domu, ale nigdy jej przed nim nie było… Raz nawet pomyślała, że może już nie ma Klary?
Najczęściej spotykały się przed sklepem, albo już przy półkach. Na Jej widok Norweżka natychmiast zaczynała mówić. Niewiele z tego rozumiała, ale z tonu głosu wyławiała to, co Klara chciała przekazać.
Dzisiaj znowu objęły się ciepło, serdecznie, jakby ta znajomość zaczęła się jeszcze przed ich urodzeniem, czyli bardzo dawno, bo Klarze zagląda w oczy osiemdziesiąt dziewięć lat. Kobieta zapytała Ją najpierw o zdrowie, a potem odsłoniła swoją szyję na której zawieszona była, niczym medalion, lupa, dotknęła palcami oczu, okularów. Takim sposobem Klara obwieściła, że bardzo źle widzi.
Obie wyszły ze sklepu. Podprowadziła Klarę pod dom. Trzymała pod rękę. Swoje zakupy zostawiła w trawie przy schodach i pomogła Klarze po nich wejść, podejść do drzwi. Klara objęła Ją. Puszczała, znowu obejmowała i bez przerwy mówiła…
W końcu niósł się dialog nad fiordami, Norweżka po swojemu, Polka po swojemu wyrażały głębie uczuć.

Wieczorem pisała i pisała, bo koniecznie chciała wysłać list do kogoś, kto będzie w szpitalu... Muszą mu tam uratować oczy. Czeka zawsze w kolejce i mówi, że cieszy Ją, kiedy się komuś coś uda, bo wtedy może skraca się kolejka do szczęśliwszych dni?
Znowu przejęła się kimś, kogo zna, lecz jeszcze nie widziała. Ale jeśli ktoś mówi, że musi do szpitala, to jest Jej od razu przykro i zaczyna o tym myśleć bez przerwy. Chociaż wie, że od takiego myślenia zdrowia temu komuś nie przybędzie, to i tak jest niespokojna.

Niepokój odpędził sen…








02.10.2007 L.

sobota, 26 września 2015

Odblaski i nogi




Przyznam się - tak ciężko mi się westchnęło...
To nadmiar aluminiowych chmur...  Kręcę. To dołek, chandra, niewiara, nazwij jak chcesz dzisiejszy dzień - stracony na nic, nawet myślenia w nim nie było.
Nie powiem też, dlaczego - nie wiem.
To taki stan, kiedy nie można czytać, siedzieć, stać, oglądać, wszystko z czymś się kojarzy, przypomina, rośnie we wspomnieniach i nie mieści się w niczym, co mogłoby być objęciem, ramą, sama nie wiem...  jakim zamknięciem takiego czucia.
W końcu wyszłam, bo przecież po wyspie spokojnie można iść nawet wtedy, kiedy przechodnia bierze w objęcia noc.

Wieczór – może być na powitanie? Musi, bo albo się przywitamy teraz...
I może to drugie byłoby lepsze dla nas o zmierzchu. Strach umawiać się na kawę o takiej porze, i tak mało śpimy, za mało.

Nikt z wyspiarzy,  teraz i ja, nie wyjdzie o zmierzchu bez oznaczenia odblaskiem. Są to opaski na rękaw, wiszące kółka przypinane do rękawów, albo do „piersi” i na plecach. Najczęściej zakłada się zwykłe, obowiązujące w wyposażeniu samochodu, żółte kamizelki z naszytymi świecącymi pasami.
Na wyspie człowiek ubrany jest odpowiednio do wymogów pogody i bezpieczeństwa na drodze. Dzieci oznaczone są także w dzień.

Znasz zapach morza w mżącym deszczu? To woń żywych ryb, które zmówiły się i wystawiły z wody mokre grzbiety do po muśnięcia wiatru. W takim braku przelewającej się przez nie fali - można iść przed siebie, nie szukając myśli...  nogi prowadzą a reszta ciebie poddaje się ich tępej woli. Drobiny deszczowej wody nawilżają twarz, zapominasz ile lat noszą cię stopy. Masz czym oddychać, wciągasz powietrze i nie żałujesz wyjścia pod nagość nieba, wiedząc, że nie doszukasz się gwiazd.
Nocą - światła domów pną się w skalny rytm. Przeciwne wyspy świecą makatą wzorów. Most, a z nim grobla, to ciągła rywalizacja z latarnią, na fiordzie odbijają wężyki   długich płomieni świec. Na obojgu - samochody wiecznie spóźnione na prom przeciskają się między sobą.
Cienie świerków rosnących według fantazji tych, którzy je przy domach sadzili  - milcząc, słuchają odgłosów ludzi. Stąpania.

 Powiedział, że nie musi podchodzić do okna... i tak wie, kiedy idzie ulicą. Słychać kroki kobiety. Złościł się, że zawsze jest w za długiej spódnicy i nie może zobaczyć Jej nóg. Potem napisał jeszcze kilka artykułów, wydrukowali mu to w kwartalniku, ale nie przeczytał swojego egzemplarza.

Nie, nocą nie pójdę na ostrogę, nawet dla ciebie. Wróciłam i jeśli chcesz, to możemy napić się - ja herbaty, a Ty? 
To dobrze, że mogłam z Tobą porozmawiać... to bardzo dobrze...










L, 10.01.2008r.